Młodzieniaszek

Autor: Josef Hosek, Gatunek: Proza, Dodano: 21 sierpnia 2017, 23:42:25
Wracasz zblazowany nad ranem. Wypluty z orbity zdrowego rozsądku starasz się jeszcze konweniować! I robisz to tak, jak płot, ławka, tynk na murach, świerszcze i ptaki. Czasem jak piana na morskiej fali, czy szum samochodów gdzieś na krajówce. Ulica rozkracza się jak Morze Czerwone, jak dziwka z ulicy św. Józefa. Latarnie się rozkraczają i mrok rozkracza się pod naporem chwili. Miasto pływa we mgle. Na czerwonym stajesz. Ścieżki przeplatają się jak warkocze niebrzydkiej dziewczyny. Zblazowany nad ranem, wypluty z ich orbity, ich miasteczek, kodeksu, dobrego imienia i interesów, o które walczą, dla których skłonni są do wielkich czynów, nieskończonych przemyśleń, ornamentów tego świata, miejskich basenów, wrzasku, impresjonizmu, szafotów, szczepionek, gazowych komór, granicy państwa, sosu beszamelowego, suszonej śliwki, chrustu i stosu i fermentacji soku winogronowego, i niewolnictwa, i gumy do żucia, i skoku w przepaść, i kocham cię i nigdy cię nie opuszczę, oto mój pistolet. Gdzie teraz wschodzi słońce?
Masz zielone oko, ruszasz dalej. Wszystko stoi we mgle.
Smętny, mglisty, deszczowy dzień. Minuty cykają jak sekundy, jak tyczki na trasie narciarza. W chłodnym powietrzu, w przypływie szaleństwa, w drobnej, zimnej mżawce, pojawia się twarz starego przyjaciela, więc robisz zwrot i skręcasz w stronę cmentarza. Morze krzyży sprowadza kilka pytań, na które nie ma odpowiedzi. Właściwie jesteś zdziwiony i bezradnie rozkładasz ręce. Odchodzisz powoli ze spuszczoną głową.
Wszystko we mgle, wszystko jak w bajce. Przestrzeń rozmywa się za plecami, przestrzeń rozmywa się przed tobą. Drzewa, płoty, ludzie, wieże i kwiaty zapadają się pod ziemię. Żadnych znaków szczególnych, żadnych znaków drogowych, tylko mgła, czysta mgła i droga. A później rozkład. Pozbawione tożsamości, pozbawione cech, beznamiętne, bez przyszłości, nieświadome rzeczowniki uprawiają seks w duchowym niebie. Wszystko jest z ognia, który wypala się na twoich oczach.
I to cię upaja.
Kiedy wracasz pod adres, za oknem wciąż pada. Deszcz płynie ulicami, przecieka przez chmury, dachy, podłogi, przez wszystkie szpary świata.
A potem zawisa nad miastem noc: jest gwiaździsta, niebieska i przypomina kobietę, o której nie możesz przestać myśleć.
I pierwszy piękny poranek; słońce za kominem energociepłowni wygląda jak rozpalona twarz z długim, wystającym ponad głowę chujem, z którego wiecznie się dymi. I myślisz, że w ten piękny poranek, w jakiejś mrocznej, głębokiej dolinie, musi skonać ostatni cierpiący płatek śniegu. I że wszystko i tak musi spaść do oceanu. Do oceanu przeszłości i tego, co jeszcze nadejdzie. Oceanu, który z miną obojętną nigdy nikomu nie odmówi. I wszystko wita z szeroko otwartymi ramionami niczym wielka kosmiczna pizda; pochłaniaczka jestestwa. Każda przeżyta chwila, zapamiętana myśl, wszelkie istnienie, wszystko ma tu swoje ujście, swój koniec.
A na dnie tego oceanu, wśród wodorostów, czai się wariat, szaleniec bez twarzy o milionach imion i natrętnie podlicza wszystkie grzeszki, wszystkie dobre i złe uczynki; waży, mierzy i szlifuje niby jakiś jubiler, niby jakiś aptekarz.

Leżałem na wyrku i wyobrażałem sobie mapę, na której znajdę jakiś drogowskaz, który zaprowadzi mnie do ciebie. Przypominałem sobie rysy twojej twarzy, kształt i kolor oczu, słodki zapach słów płynących z twoich ust. Prześladował mnie i zabijał grymas warg, kiedy snujesz te swoje kłamliwe opowieści. Odtwarzałem strzępy rozmów, sytuacje, miejsca, w których przystawaliśmy, żeby się pocałować, żeby spojrzeć sobie w oczy. Pod murami zamku krzyżackiego wybuchnęłaś śmiechem. I wszystko się skończyło, umarło następnego dnia.
Teraz jednak czuję twoją obecność, twoją bliskość. Być może jesteś kilka przecznic stąd. Przyciągam cię myślami.
Kiedy tak leżę, coś we mnie pęka. Muszę stąd wyjść, chwycić za płaszcz, trzasnąć drzwiami i iść. Iść gdziekolwiek. Stanąć nad brzegiem rzeki, wystawić twarz na szalony wiatr, wbić wzrok w szaro-burą taflę wody, zobaczyć pełnię życia. I ogarnąć wzrokiem obrazy odbijające się w wodzie, zobaczyć wszystkie wiry istnienia i wszystko, co jest ponad nią, ponad rzeką, ponad brzegami, ponad konarami, ponad wirującymi w otchłani, zataczającymi kolejny krąg swojego istnienia - gołębiami. I zobaczyć wszelką, wszelką dal, głębie, cokolwiek, co przypomni prawdę, jakąkolwiek prawdę.
Więc chwytam ten pieprzony płaszcz i wychodzę z domu. I już jestem na zewnątrz, na ulicy. Jest naprawdę piękny dzień. Wtorek. Kwiecień. Wiosna.
W dzielnicy domków jednorodzinnych widzę dzieci; idą parami i śpiewają. Śpiew wypływa z ich płuc i wypełnia wszechświat. W ogrodowych krzatynach harcują wróble. Wiosna. Czuję ją każdym porem ciała. Czuję, że żyję i idę na spotkanie z tą, dla której zdobędę i stracę każdy szczyt. A kiedy tak idę, lekki podmuch wlecze przed sobą tuman pyłów. Sponiewiera własność tej ziemi.
Na wysokości psychiatryka odpalam papierosa. Słońce odbija się w szybach tak intensywnie, że nie widzę niczego prócz światła. Bóg kocha szaleńców. Szaleję z miłości, bez pamięci, bez niczego. W twarzy garbiącego się nad kierownicą rowerzysty widzę twoją twarz. Co za widok, co za widok! Zaciągam się dymem, zaciągam się słońcem, zaciągam się pyłem. Jestem szczęśliwy, szczęśliwy, szczęśliwy!
Na wiadukcie, pochylony nad barierką, podziwiam nasyp z brunatnych kamieni. Szyny lśnią w słońcu; tory, cała rzeczywistość, załamują się na horyzoncie. Przepaść. Powietrze drga, jakby dźwigało na barkach jakiegoś olbrzyma, ciężar życia. Za plecami mam gotyckie wieże, dzwonnice, w których mieszkają jaskółki, czerwone dachy starówki i ciebie; żyjesz tam, wśród stęchłych murów, oddychasz, być może właśnie się czeszesz.
Kiedy tam docieram, na starówkę, jest już południe. Czuję się jak startujący samolot. Przed dziobem mam raj i przeczucie, że zaraz cię spotkam. Odrywam się od ziemi niczym pyłek unoszony podmuchem twoich ruchów. Z wysokości splotu słonecznego podziwiam widoki. Wokół dostatek. Ludzie, koty i psy. Słonko beztrosko przygrzewa ich czupryny. Czy to możliwe, że żyję w tej pięknej, opływającej w dostatek krainie? W raju na Nizinie Środkowoeuropejskiej, w pradolinie Eberswaldzkiej, gdzie ludzie są dla siebie życzliwi, ich serca wypełnia miłość, współczucie, w żyłach płynie tolerancja, a czyny są mądre i przemyślane. Słyszę kroki mieszkańców tego kraju, tłum wypływa na ulicę, by żyć i cieszyć się życiem. Sprawy nabierają wyższego, słodszego smaku. Rzeczywistość jest dobra, pogodna, szczera i spokojna. Jej piersi wypełnia karma. Płynie sobie zaułkami świata świadoma wszystkiego, nawet śmierci.
Ten, który nam to wszystko zrobił, musiał mieć porządny ubaw. A potem odszedł tak, jak odchodzą gatunki, tak jak topnieją lodowce.
Pierwszy pąk bzu wystrzelił właśnie z wiwatem w kosmicznym lesie pełnym gwiazd; kolejny dobry znak. Jeszcze jedno skrzyżowanie, jeszcze jeden tunel...
Na starówce jest kocioł. Jak zwykle o tej porze życie nabiera szalonego tempa, wszyscy gdzieś gonią, wpadają na siebie. Spokój zachowują jedynie żebracy i skrzypek wygrywający melodię pod empikiem; w futerale lśni kilka monet niby wyrzucone na brzeg rybie łuski. Uliczki pochylają się w stronę rzeki. Zapach morza, zapach perfum, zapach pośpiesznie wsuwanego żarcia unoszą się i mieszają ze sobą na Mostowej. Kiedy podchodzę do ratusza, zegar wybija kolejną pełnię. Wchodzę do baru i zamawiam piwo. Po jakiejś godzinie spływam w stronę bulwaru, zataczam krąg i wracam do domu. Na miejscu wita mnie Michailov. Patrzę na niego spod łba. Jest ożywiony jak noworodek. Szczerzy się bardziej niż zwykle. Powoli wyciąga przed siebie dłoń.
To od niej – mówi. I wręcza liścik.

Ze szczęścia omal nie rozrywasz kartki. Była tu! Nie możesz w to uwierzyć. Odczytujesz krótki wiersz, w oczach masz słońce. Serce bije jak pneumatyczny młot. Jest też numer telefonu i prośba: "Zadzwoń koniecznie"

Komentarze (1)

  • Toruń cię zabije. Wyjedź.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się